Momoi przez trzy lata widziała tylko
ściany i kraty. Jej jedynym towarzystwem było niezbyt dobrej jakości łóżko.
Warunków do mycia się nie było jakiś powalających, ale dało się przeżyć.
„Dobrze, że miałam dobrego adwokata i nie skazali mnie na więcej” – codziennie
myślała próbując wytrwać. Czasem jej się wydawało, że widzi za malutkim oknem
Akashiego i Murasakibarę czekających na nią by zrealizować swój „prześwietny”
plan. Może jednak się jej nie wydawało? Sama już nie odróżniała rzeczywistości
od snu. Miała wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Że jest na haju po jakiś
pieprzonych narkotykach i wszystko to tylko wymysł jej wyobraźni. Ale zaraz
potem przypominała sobie strzelaninę, krzyk Akashiego by uciekała a ona
bezmyślnie patrzyła jak policjanci niszczą jej dom. W końcu tam mieli bazę. To
było miejsce jej dzieciństwa, tu były jej wspomnienia a oni tak bezwstydnie to
niszczyli. Zaczęła się wydzierać „zostawcie mój dom!” ale potem została
pojmana. Ten obraz pojawiał się w jej snach nazbyt często. Czuła, że niedługo
zwariuje. A co mogła zrobić? Nie być informatorem i taktykiem KOSa. Ale
przecież nie zapomni Aomine i Kuroko błagających ją o to. Bo Akashi tak chciał.
Prychnęła pod nosem.
Tego dnia wychodziła z więzienia. Gdy
opuściła budynek oślepiło ją światło. Wiedziała jedno. Nie ma gdzie pójść. Jej dom został zniszczony,
Akashi znając życie wyjechał robić nowe plany w które powciąga potem
wszystkich, Murasakibara pewnie je pod jakimś sklepem słodycze, Midorima siedzi
w prosektorium, Kuroko przeszedł na stronę dobra wydając ich (za co kiedyś nam
zapłaci), Kise albo daje dupy*, albo jest na jakiejś sesji zdjęciowej, a
Aomine... on pewnie maltretuje dzieci w ciemnych zaułkach. Jest jeszcze opcja,
że ogląda porno. Co się z nimi stało przez te wszystkie lata?
Nagle ktoś ją pociągnął w stronę bocznej
drogi. „Zostanę jeszcze na koniec zgwałcona?” – pomyślała ale nie wyrywała się.
Było jej już wszystko obojętne. Pustymi oczami patrzyła na chłopaka z kapturem
na głowie. Gdy byli już wystarczająco daleko zdjął kaptur patrząc Momoi w oczy.
- Akashi...? – wyszeptała drżącym
głosem. Była szczęśliwa i jednocześnie przerażona.
- Witaj Satsuki. Potrzebuję cię –
wiedziała, że o to chodzi. Nie robiłby tego z dobrego serca, przecież.
- Do czego?
- Niedługo przejmiemy władzę nad
światem! – zaczął się psychodelicznie śmiać. W tej chwili bała się go jeszcze
bardziej.
***
Murasakibarze od dłuższego czasu
brakowało pieniędzy. Ale przecież nie posunie się do żebrania! A gdzie tam! On
i żebranie? Musiał znaleźć pracę. Z czymś w czym będzie dobry. Wziął więc
pewnego dnia gazetę, usiadł na łóżku i czytał oferty pracy.
I tu pojawiło się bardzo trafne pytanie
– w czym on był dobry?
Im dalej przeglądał oferty tym częściej
myślał o Akashim. NO BO NA ILE ON SOBIE WYJECHAŁ?! Opuścił biednego Atsushiego
z tym gównem do posprzątania. A co z nimi? Nie mógł przynajmniej dać znać o
wyjeździe? Nie. Jak zwykle. Zero kontaktu. Zostało po nim tylko mieszkanie i
wspomnienia.
Szukał i szukał, aż w pewnym momencie
zasnął. Obudził go dzwonek do drzwi który sam w sobie był dziwny. „Może to
Akashi?” – ucieszył się jak małe dziecko idąc otworzyć. Nie mylił się To był
on. I Momoi. Wszytko wyglądało na reaktywację. KOS powraca do gry.
Wpuścił ich do środka. W końcu Satsuki
dopiero co wyszła z paki, musiała się ogarnąć jeżeli mieli zbierać członków na
nowo. To ona była od rozmów, Akashi częściej by się wkurwił i strzelił.
Psychol. Ale kto nim nie był? Nawet jedyna dziewczyna w całym gronie miała
takie odpały.
Zostali sami w salonie. Właściciela
wkurzało spokojne spojrzenie niższego. Po tym wszystkim tylko stał i patrzył.
Co jakiś czas widać było w nich iskierki trudne do zidentyfikowania.
- Już nic nie będzie takie samo... –
usłyszał.
***
Midorima tego dnia wrócił z pracy do
swojego mieszkania około godziny 12 niosąc w jednej ręce swój szczęśliwy
przedmiot a w drugiej papiery ze szpitala i czarną teczkę o której zawartości
mało kto wiedział. Ledwo przepchał się przez graty, które Takao postanowił
porozwalać po całym domu. Westchnął i pomyślał, że potem każe mu posprzątać.
Potem. Bo teraz miał ochotę na spanie. Spać. Nieważne gdzie. Ważne by spać.
Tak oto znalazł się na tej naprawdę
wygodnej kanapie. Zamknął oczy i marzył już tylko o świętym spokoju. Który
oczywiście został przerwany przez drugiego współlokatora, któremu najwyraźniej
skończyła się wena twórcza na opowiadanie i postanowił powkurzać trochę
Shin-chana. Zwykle kończyło się to kłótnią albo fochem. Fochał oczywiście Mido,
a potem robił mu tyradę jakitoonjestzmęczony. Czasem załamujące a czasem
rozśmieszające.
Takao wpadł i zaczął nawijać o czymś po
swojemu. Czyli chaotycznie, niezrozumiale, co jakiś czas dodając swoje
komentarze. Widział jak drugiemu niebezpiecznie drga powieka więc uśmiechając
się tryumfalnie w duchu gadał jeszcze więcej. Już było naprawdę blisko, ale
musiał to przerwać dzwonek do drzwi.
Z westchnieniem wstał i poszedł
otworzyć. Jak się zdziwił, gdy zobaczył różowowłosą kobietę w czarnym żakiecie
narzuconym na białą koszulę i granatowej spódnicy do kolan. Na nogach miała bordowe
glany. Obok niej stało dwóch mężczyzn, niższy w garniturze, wyższy w
powyciąganej bluzie i jeansach.
- Dzień dobry – odezwała się. – Czy to
tutaj mieszka Midorima? – rozglądnęła się wchodząc „na chama” do mieszkania.
Tamci tylko stali i czekali. W końcu go zobaczyła. Siedział na kanapie myśląc,
a raczej się modląc, że miał zwidy.
- Momoi – powiedział powoli, z
niedowierzaniem. Kiwnęła głową widząc jak wstaje, bierze teczkę i wychodzi nie
mówiąc nic Takao.
Czarnowłosemu pozostało się tylko gapić
w zamknięte drzwi.
***
Aomine od pewnego czasu nie potrafił
usiedzieć na miejscu. Miał trzy potrzeby. Pierwszą – iść do kibla. Drugą –
przelecieć kogoś. Trzecią – oglądnąć jakieś nowe porno.
Druga odpada – nie widział Kise ani
żadnej innej ładnej dupy w promieniu trzech kilometrów. Pierwsza też – nie
będzie szczał po toitoiach. Trzecią właśnie spełniał. Siedział bowiem na jakimś
dachu chujwiegdzie z lornetką w rękach i patrzył w okno jednego z hoteli. Teraz
to on miał dobre porno na żywo. Tylko pozazdrościć.
Gorzej będzie jak ktoś go znajdzie i
będzie awantura. Mochery kiedyś zaatakują, powtarzał to wszystkim. I nikt mu
nie wierzył. Kiedyś stanie się ofiarą mafii babć z mocherowymi beretami na
łbach, a wtedy Aomine będzie tylko stał i się śmiał patrząc jak okładają go
drewnianymi laskami.
W kwintesencji akcji jego telefon zaczął
wibrować. Wyjął go wkurwiony i popatrzył na wyświetlacz. Zbaraniał.
Dzwoniła do niego Satsuki.
***
Kise przeciągnął się wstając. Spanie do
której chciał – to było życie! Wolne od stresu, od adrenaliny i od Aominecchiego.
Chociaż tego ostatniego to mu naprawdę brakowało. Miał dużą chatę, nikt nie
wiedział gdzie mieszka, wszystko było idealnie.
Było. Oj było.
Bo kiedy cały KOS wpakował mu się do
domu z mentalnym transparentem „burdel, chołota, pilstolce, jednym słowem
reaktywacja” miał wielką ochotę się załamać i nachlać, co nie było zupełnie w
jego stylu. Chociaż była też zupełnie inna opcja z Aomine w drugiej roli
głównej, bo to Kise jest tu najważniejszy!
Midorima usiadł na fotelu zmęczony,
Daiki zajął kanapę, Akashi miał na wszystko wyjebane i bawił się pistoletem,
Satsuki usiadła po turecku na dywanie, Murasakibara siedział już w kuchni. I
nie wyglądało by się mieli szybko stąd wynieść.
- Akashicchi, wytłumaczysz mi co tu się
dzieje? – ze swoim idealnym uśmiechem podszedł do niego tak, by przy okazji nie
oberwać.
- Twój dom zostanie bazą. Od jutra
wszyscy tu zamieszkają i będziemy realizować mój plan~ - zaśmiał się.
- A co to za plan? – aż bał się spytać.
- Zobaczysz, przejmiemy władzę nad
światem!
***
*musiałam, nie bijcie ;-;
OD AUTORKI, DAM DAM DAM.
Tak, wiem. Spieprzyłam i to okropnie.
Basugeja jeszcze nie ma, ale będzie. O ile nie pierdolnę jakiegoś AoKaga albo
innego czegoś i to opo pójdzie hen daleko. Także wiecie. Może być różnie.
Niedługo (prawdopodobnie jutro)
zobaczycie mojego skilla w robieniu szablonów. Taaa, nie umiem. Taaa, biorę się
za to. Taaa, nie wyjdzie. Taaa, gadam jak potłuczona, wybaczcie, wszystko teraz
sprowadza mi się do dupy Kise. Gomene.
Cały „prolog” ma 2 strony i 14 linijek w
Wordzie czcionką Times New Roman, 12 pkt. To i tak dużo jak na mnie, pisałam
to... dwa dni. Czyli rozdział powinien być za około tydzień. Albo nie wiem, bo
jeszcze mam inne blogi, które pojawią się w nowej zakładce.
Tyle ode mnie.
Czekam na hejt. Porządny hejt.
Pozdrawiam.
Judith-sama (właściwie
to „-chan” ale ma marzenia)